Multitasking, czyli rozziew habitusu – moje pożegnanie z blogowaniem

Paradoksalnie, do ostatecznego podjęcia tej decyzji skłonił mnie kolejny założony przeze mnie blog. Tym razem sprawa miała być czysto komercyjna. Postanowiłem, że spróbuję coś na blogowaniu, a konkretnie na wyświetlaniu reklam, zarobić. Niedużo.  Nawet się z przyjacielem śmialiśmy, że lepiej się nie zakładać, iż w ciągu roku – taki czas dałem sobie na rozruszanie – cokolwiek zarobię, bo jeszcze musiałbym cały utarg wydać na piwo dla niego. A ponieważ w takich razach najlepiej sprawdzają się blogi tematyczne (reklamy AdSense dobierane są kontekstowo), uznałem, że jedyną rzeczą, o jakiej mógłbym pisać amatorsko, a przy tym na tyle sprawnie, by się nie zbłaźnić, są filmy. Dwie godziny klikania w Bloggerze i w cyberprzestrzeni pojawiła się strona „Sieciowo Filmowo”. W zamyśle konglomerat esejów o filmach dla mnie ważnych, recenzji nowości, newsów itp. I właśnie tu pojawił się problem.

Wiedziałem, że pomysł jest ambitny, przynajmniej jak na moc przerobową jednego autora, i że będę musiał poświęcić mu sporo pracy i uwagi. Dopiero jednak, gdy zacząłem przygotowywać materiały, uświadomiłem sobie, jaki ogrom jest to w rzeczywistości. Strona ma być komercyjna, czyli wpisy muszą wyglądać – a więc szukanie grafik, filmików etc. Treść ma być na tyle profesjonalna, na ile tylko się da w chałupniczych warunkach – zatem żmudne weryfikowanie informacji, sprawdzanie pisowni nazwisk, tworzenie linków, w sumie po prostu klasyczne internetowe dziennikarstwo. Co więcej, nie można zwolnić tempa. Bo serwis musi się kręcić, by miał stały dopływ czytelników, z których – jak oceniają specjaliści – w bannery klika przeciętnie około 1 procent. I nawet nie chodzi mi tutaj o czas – liczyłem się z tym, iż poświęcę go naprawdę sporo. Problematyczne okazało się zaangażowanie w projekt, które ogarnęło mój mózg.

Za każdym razem, gdy się za coś biorę, otwiera się we mnie jak gdyby nowa karta, tworzy się kolejna osobowość. I te osobowości konkurują o dominację, wypierają się wzajemnie. Kiedyś sądziłem, że uda mi się to pogodzić. Mniej więcej na podobnej zasadzie, na jakiej czytam kilka książek równocześnie, pomimo iż mój szanowny przyjaciel uważa, że to niemożliwe. Otóż możliwe i ja z powodzeniem uskuteczniam to od ponad dwudziestu lat. Jest jednak taki punkt, w którym wielość przemienia się w nadmiar, a kolejne „zadania” zamiast współistnieć, rzucają się sobie do gardeł. No właśnie, zadania! Zadaniowość, a coraz częściej multitasking, choć staje się podstawowym algorytmem funkcjonowania naszej technokratycznej cywilizacji, jest w istocie gwałtem na ludzkim umyśle. Ktoś mądry kiedyś mi powiedział, że życie to nie seria otwieranych i zamykanych wedle doraźnych potrzeb okienek w Windowsie, ci zaś, którzy twierdzą inaczej, źle kończą. I miał rację. A najdobitniej uświadomił mi to właśnie Internet.

I nie chodzi tylko o syndrom Ustawicznego Rozproszenia Uwagi. Chodzi o tę panoszącą się wszędzie logikę projektu. Projekt inicjuje się w określonym celu, a po jego osiągnięciu – zamyka. Uczestnicy się rozpierzchają, tak jakby nigdy się nie spotkali. Nie tworzy się nic trwałego. Taki charakter, jak w „Buncie sieci” zauważa Edwin Bendyk, miały u nas m.in. protesty przeciwko ACTA.

Zauważyłem to już w ostatnich miesiącach przy „Człowieku wśród luster”, ale ponieważ miał on służyć przede wszystkim mojej literackiej ekspresji, nie odczuwałem aż tak gigantycznego ciśnienia. Teraz, przy tym nowym blogu – i jest to dla mnie zaiste szokujące odkrycie – poczułem, jakbym znalazł się na skraju schizofrenii. Podobnie jak mentalnie nie można do czternastej być trybikiem w korporacji, a przez resztę dnia antyglobalistą, tak też i ja po prostu nie umiem rano szukać newsów, „łowić” czytelników i brylować w mediach społecznościowych, a wieczorem skupiać się na literaturze. Bo efekt jest taki, że rano mam wyrzuty sumienia, że marnuję czas, a wieczorem, gdy wreszcie uda mi się siąść do twórczości, co chwila sprawdzam statystyki odwiedzin. Piszę tu o sobie, o moim własnym, bardzo specyficznym przykładzie, ale przecież to wariactwo ogarnęło już nas wszystkich.

Można oczywiście chwytać dziesięć srok za ogon – w tym samym czasie czytać wiersz Eliota, sprawdzać wpisy na Facebooku i rezerwować bilet na najnowszą polską komedię romantyczną – ale prawda jest taka, że każdorazowo tylko w jednej z nich lokuje się nasza tożsamość. W pozostałych kryje się fałsz, nieczystość intencji. Jeśli mimo wszystko uprzemy się, by być każdą z nich, musimy doznać rozziewu habitusu, konfliktu osobowości. Właśnie coś takiego od pewnego czasu nawiedzało mnie przy „Człowieku wśród luster”, a osiągnęło kulminację w najświeższym „projekcie”, mimo iż naprawdę lubię kino. Tak więc jestem zmuszony zadać sobie fundamentalne pytanie: Kim chcesz być, pisarzem czy blogerem? Odpowiedź, choć trudna, mogła być tylko jedna. Zresztą z podobnych powodów porzuciłem plan pisywania do jednego z tzw. tygodników opinii.

Oczywiście nie mam złudzeń, bez sieci nie da się już funkcjonować. O ile jeszcze dziesięć lat temu kwestią było, czy w nią wchodzić, czy nie, o tyle dziś pozostało jedynie zapytać, jak głęboko. Nie chcę być czarnowidzem, ale przypuszczam, że sztuka sieciowego samoograniczenia – we wszystkich kierunkach, zarówno nadawczym, jak i odbiorczym – stanie się w najbliższej dekadzie umiejętnością równie pożądaną, co deficytową. Możecie wobec Tegu uznać, że chcę dać dobry przykład i mając w zasięgu więcej, wybieram mniej.

A co to oznacza w praktyce? Przede wszystkim to, że niebawem zniknie strona „Człowieka…” na Facebooku. Co do samego bloga mam dylemat . Niektóre wpisy z niego zostały podlinkowane na innych witrynach, więc nie chciałbym zrywać ciągłości. Być może więc stanie na tym, że blog będzie sobie dalej wisiał w sieci, a jedynie nie będą się pojawiać nowe posty. Jako przyczółek zostawiam tylko mój osobisty facebookowy profil. Inne pola aktywności będę sukcesywnie wygaszał. Dziękuję za te wspólne lata. Sporo się w tym czasie nauczyłem, napisałem też kilka niezgorszych kawałków. Ale czas zrewidować priorytety.

Zapytacie, po co ten elaborat. Przecież standardy ekspresji w cyberprzestrzeni wyznacza 140 znaków z Twittera, za pomocą których da się podobno wyrazić wszystko co istotne. A w ogóle cóż to takiego wielkiego, że jeden facet zamyka bloga? W sieci bez przerwy coś się rodzi a coś innego znika bez śladu i nikogo to specjalnie nie obchodzi. Racja. Ale mam poczucie, że jestem Wam to winien. Nawet jeśli fakt mojego istnienia interesuje was tyle, co guma do żucia przyklejona do fotela w metrze. Ale dla mnie to coś więcej niż zwykła lojalność wobec tych, którzy być może czasami zaglądali na mojego bloga. To akt sprzeciwu wobec powierzchowności i umowności relacji zawieranych w sieci. To byłoby na tyle. Pora iść.

Opublikowano NEWS | Dodaj komentarz

To już oficjalne – Feedbooks robi powtórkę z Amazona i wyrzuca polskich autorów

Pisałem niedawno o zniknięciu moich darmowych e-booków z platformy Feedbooks. Wtedy jeszcze nie było dokładnie wiadomo, co się dzieje. Dziś sprawa jest jasna: Feedbooks, podobnie jak przed kilkoma miesiącami Amazon, usunął ze swoich zasobów książki polskich autorów niezależnych. Wiedzę tę posiadłem dzięki Agnieszce Żak – autorce, której utwory również były tam do pobrania i zniknęły.

Agnieszka napisała do zarządzających witryną, a w odpowiedzi otrzymała następujące wyjaśnienie.

Platforma Feedbooks jest dostępna po angielsku i francusku. W ramach rozwoju została także przystosowana do takich języków jak niemiecki, hiszpański czy włoski. Niestety, inne języki, w tym polski, nie są wspierane.

W związku z tym jesteśmy w trakcie usuwania wszystkich książek opublikowanych w wyżej wymienionych, nie obsługiwanych przez nas językach. (Przekład mój)

Sprawa może nie jest aż tak bulwersująca jak w przypadku Amazona – w końcu mogliśmy tam zamieszczać jedynie bezpłatne wydawnictwa i żadnych wymiernych strat z tytułu ich eksmisji nie poniesiemy – niemniej wkurza sposób, w jaki zostało to załatwione. Po raz kolejny! O ile jednak czystka w amerykańskim gigancie była bezpośrednią konsekwencją obchodzenia przez polskich pisarzy regulaminu zabraniającego umieszczania publikacji w nieobsługiwanych przez KDP językach, o tyle w przypadku Feedbooks o podobnym naruszeniu nie mogło być mowy. Witryna nie stawiała tego rodzaju ograniczeń. Tyle że to było jeszcze w pięknych czasach, kiedy idea samodzielnego publikowania dopiero fermentowała.

Trudno powiedzieć, czemu tak nagle, i czemu teraz. Może po prostu chodzi o to, że księgarnia staje się coraz bardziej komercyjna.

Zgadzam się z Agnieszką, że tracimy nadzwyczaj wygodne narzędzie promocji. Oprogramowanie Feedbooks pozwalało na bardzo łatwe, nawet dla kompletnych laików, dodanie utworu i przekonwertowanie go na formaty mobilne. Cóż, kanału szkoda – niesmak mimo wszystko jakoś w przełyku zgagą pali.

Oczywiście, u nas rozwija się rodzima infrastruktura. Tam zawsze można wrócić z przekładami. Tylko szkoda, że komunikacja nawala.

Opublikowano DZIENNIK | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Troma – to już prawie 40 lat niezależności, teraz do obejrzenia na YT (kino do odkurzenia)

Zapewne nie najlepiej świadczy o mnie radość z tej – niestety spóźnionej – informacji. No ale trudno, żywię słabość do filmów klasy B, a nawet C i D, i nie zamierzam się z tym kryć. A jeśli ktoś ma z tym problem, to… jego problem. A news, który podaję za drużyną podcastu “Sklepik z horrorami”, brzmi następująco: legendarne studio Troma udostępniło 150 (słownie – sto pięćdziesiąt!) swoich filmów na YouTube! Oto właśnie kwintesencja niezależności – pierwszeństwo sztuki i twórczej gorączki nad zyskiem – jaką charakteryzuje się znaczna część tzw. produkcji klasy B.

Czym jest Troma? To nie jest tylko wytwórnia filmowa założona w 1974 roku przez dwójkę zwariowanych studentów uniwersytetu Yale – Lloyda Kaufmana i Michaela Herza. Troma to kosmos.

Któż z nas – wielbicieli przegięcia, kampowego kiczu, mało wyrafinowanego humoru i prymitywnych efektów specjalnych – nie zna kultowej serii o Toksycznym Mścicielu z miasta Tromaville? To oczywiście sztandarowa produkcja Tromy – niesamowity miks niewysmakowanej, pulpowej komedii i naprawdę niskobudżetowego gore. Założę się, że Quentin Tarantino, zresztą zagorzały fan dzieł pod auspicjami Kaufmana i Herza, sikał w nogawki po obejrzeniu przygód Toxiego. Ale jest też mnóstwo mniej znanych filmów, gdzie inspiracje naiwnym sci-fi z lat 50 mieszają się z ocierającą się o exploitation grindhouse’ową estetyką ze złotej ery kin samochodowych i postmodernistycznym młynkiem.

Z filmami Tromy zetknąłem się w czasach liceum dzięki, dziś już chyba zapomnianej, stacji Wizja 1, która miała do siebie to, że w jednym wieczornym paśmie potrafiła wyświetlić “Masakra na wyspie zombie” i “Dotknięcie ręki” Krzysztofa Zanussiego. Fakt, iż obie te produkcje wchłaniałem z równym głodem w oczach, na pewno źle świadczy o mnie jako uczestniku kultury, ale pogodziłem się z tym kalectwem.

Filmy Tromy lubię oglądać zarówno dlatego, że świetnie się na nich bawię, jak też z powodu dzikiej, szczeniackiej radości przy ich kręceniu, która przebija z każdego kadru. Brak mi tego luzu w wystawnych popkulturowych widowiskach w rodzaju “Prometeusza” czy “Mrocznego rycerza”.

Bardziej wrażliwych uprasza się o zażycie środków stosowanych przy chorobach lokomocyjnych, względnie o zabranie torebek do wymiotowania. Gotowi? W takim razie… JEDZIEMY DO KINA!

Opublikowano DZIENNIK, NEWS | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wyjść poza dogmaty, zejść na dno

Niedawno przyśniła mi się studnia. Studnia złożona z kręgów. Ta studnia to metafora drogi pisarza.

Ci, którzy tłoczą się na powierzchni, wokół okrągłego otworu, to koniunkturaliści piszący to, co akurat modne. To ci, co śledzą wydawnicze rankingi i pod tym kątem przygotowują swoją ofertę. To ci, co smarują kryminały, głupią fantastykę i podróbki amerykańskich bestsellerów. Ci na samym dnie to ludzie pozbawieni złudzeń, mówiący z czeluści, poszukujący jednego prawdziwego zdania. To ci kopani w dupę przez wydawnictwa, odrzucani przez tak zwaną publiczność czytającą, a mimo to uparcie nie chcący zamknąć jadaczek.

Kręgi symbolizują wszystkie stadia pośrednie. Ja przeszedłem całą drogę. Od powierzchni aż po dno i na odwrót. I przebyłem ją co najmniej kilka razy. Teraz znów jestem na dnie i dobrze mi z tym. Brak złudzeń daje pewien rodzaj szczęścia wynikającego z wolności. To wspaniałe!

Wreszcie udało mi się osiągnąć krystaliczną czystość wyrazu. Resztki wahań zrosły się jak zagojone skaleczenia. W bębnie mojej maszynerii nie ma już piasku, nic nie zgrzyta. I to jest w tej chwili dla mnie najważniejsze. Nawet gdyby miało oznaczać pisanie do szuflady lub wydawanie się samemu w sieci. W końcu to nie aż taki znowu wstyd. Stasiuk zaczynał jako swój własny wydawca i na dobrą sprawę pozostał nim do dziś. Mi też korona z dupy nie spadnie. A że może nie będę miał recenzji w GW? Jakoś to przeżyję.

Oto korzyści z przebywania na dnie studni. Pewnie znów będę dostawał mentorskie maile od Artura B. Ciągle ktoś mnie chce pouczać. A że każdy mówi co innego, postanowiłem się na wszelki wypadek nie przejmować. Czytaj dalej

Opublikowano DZIENNIK | Dodaj komentarz

“Wszystko dla niej” Beaty Rudzińskiej

Zawsze, gdy biorę do ręki książkę i na tylnej stronie okładki bądź w recenzjach czytam, że autor po mistrzowsku, czy choćby sprawnie, posługuje się zwięzłym stylem, zaczyna mnie dręczyć lekki kompleks. Tak, wiem, często gęsto jest to najpospolitszy reklamowy banał, ot, taka leksykalna wata. Mimo to zazdroszczę ludziom posiadającym umiejętność ujmowania istoty spraw w możliwie najmniejszej ilości słów. Ja sam dopisuję więcej niż skreślam, bez przerwy mam obsesyjne poczucie niedostatecznej precyzji. Więc mnożę zdania, wikłam się – dokładnie tak, jak teraz – w piętrowe dygresje.

Oto pierwsza myśl, jaka mi zaświtała, kiedy sięgnąłem po cieniutki tomik opowiadań Beaty Rudzińskiej. Do tej pory miałem styczność z Beatą głównie jako z wydawcą antologii „Wbrew naturze”, którą traktuję jak mój oficjalny literacki debiut, toteż zarówno samo wydawnictwo AMEA, jak i jego właścicielkę, heroicznie stawiającą czoła perypetiom na rynku księgarskim, darzę sporą sympatią. Również na kartach tamtego, tak dla mnie szczególnego, zbioru miałem okazję liznąć próbkę twórczości prozatorskiej Beaty. Mam tu na myśli utwór „Trzydzieści sześć i sześć”, obecny również w jej autorskiej książce. Jej tytuł wzbudził we mnie cały szereg refleksji i oczekiwań, dobrych i złych. No bo cóż to właściwie jest „Wszystko dla niej”? Jakiś hołd złożony kobietom? Feministyczny manifest? Waginalne oskarżenie mężczyzn? Określenie „literatura kobieca” z całym garbem wypływających zeń pejoratywnych narośli nie mogło mi, przynajmniej przelotnie, nie przemknąć przez biedny samczy mózg.

Ale spokojnie, spokojnie, podejdźmy do rzeczy metodycznie. Przede wszystkim żadne z powyższych się nie sprawdziło. A to już sporo. Jaką więc metodologię referowania mam przyjąć? To może zacznę od tego, co niewątpliwie mnie urzekło. Czytaj dalej

Opublikowano DZIENNIK | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz